Spałem.
Nie wiem, która była godzina. Siedziałem pod sosną i nie zamierzałem się stąd ruszyć. Dookoła szalały psy - nadmiernie szcześliwe, jakby miały psie ADHD. Ziewnąłem, nie chciałem ich widzieć i znać. Szczególnie przeszkadzał mi Diablo. Krzyczał najmocniej, stał najbliżej mnie (bo gdzieś 8 m ode mnie, dla mnie to za mało). Jak dla mnie to stworzenie, które zaszkodziło tym, że istnieje. Podczas tych ponurych myśli, na sierść spadł mi pajączek. Zaczął się wspinać i to szybko, nieprzyjemnie. Nic o tym nie myśląc, przewróciłem się na bok. Zgniotłem go - zginął. Zdmuchnąłem go z łapy i dałem do zjedzenia mrówkom, które nawet nie czekały, żeby do niego podejść i porwać. Wtedy podeszła do mnie ta ohydna samica alfa. Jak tam ona? Nawet nie wiem. - Co tak siedzisz? - zapytała, jakbym był jej przyjacielem. Zdenerwowało mnie to. - Co tak stoisz? - odpowiedziałem oschle, po chwili namysłu. Mimo to, niestety, nie zraziła się. - Stoję, bo stoję! I ten jej tępy wyraz twarzy, głupawy uśmieszek... Chciałem powiedzieć, by się ogarnęła, ale oszczędziłem sobie słów. Skarciłem ją wzrokiem, wstałem i zniknąłem. Zaraz po jej mrugnięciu, rozpłynąłem się. I super. Mam już następną osobę, zgłaszającą się do słodkiej śmierci. Czeka mnie trochę pracy, ale wiem, że się opłaci. NIC mi nie zrobią. (Alfa? ;p) |
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz