Patrzył jeszcze chwilę jak Muse znika wraz z Diablo za pagórkiem, po czym z westchnieniem położyłam się w cieniu pod drzewem. Dopadł mnie nastrój melancholii. Od czasu do czasu zdarzało mi się go mieć, nie miałam nic przeciwko niemu. Lubiłam wręcz obmyślać w samotności i smutku ostatnie dni. Inne psy może i by ty przygnębiało, ale nie mnie. Miałam nadzwyczaj odporną psychikę, mało co wytrącało mnie z równowagi.
Z nieba zaczynały skapywać krople.
Kap, kap, kap.
Coraz mocniej i mocniej.
Zimny wietrzyk owiał mój pysk. Zachmurzyło się lekko.
Za chwilę jednak przeistoczyło się to w ulewę. Wichurę. Burzę.
Siedziałam tak zwinięta w kłębek. Całkiem samotnie. Do moich uszu nie dobiegał żaden odgłos psiej mowy. Zrozumiałam, że nie ruszę się z miejsca. Moje ciało w zaledwie sekundę przemokło. Drżałam.
I tak mnie znaleźli.
(Dokończy ktoś?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz