Patrzyłem otępiale w dal. Mój umysł przychodził do siebie. Zacisnąłem mocno pięści. Wiedziałem już, co zrobię. Postanowiłem.
- Snowiee... - zacząłem, nie umiejąc zebrać myśli do kupy. - Spotkamy się jutro.
Tymi prostymi słowami zakończyłem nasz wspólnie spędzony dzień. Rzuciłem samicy pożegnalne spojrzenie i zniknąłem.
Kolejny raz pogrążyłem się w samotności przepełnionej głęboką czernią lasu. Czułem się dziwnie. Tak jakbym odwrócił się od samego siebie, robiąc coś, co mi zaszkodzi. Wiedziałem jednak, że wcale tak nie jest. Snowiee była wyjątkową osobą. Zdałem sobie sprawę, że czuję do niej coś wielkiego. Coś większego niż tylko przyjaźń - miłość.
Z tą myślą zasnąłem.
Po przebudzeniu się, nie wstałem od razu. Zastanawiałem się nad wieloma sprawami. I tymi błahymi, i poważnymi, ale każda z nich rozpierała głębokie uczucia w moim sercu.
Snowiee.
Nagle to właśnie ona wpadła mi do głowy. Zerwałem się z miejsca. Kompletnie o niej zapomniałem. Był już środek dnia. Przypomniałem sobie swoje słowa: "Snowiee... Spotkamy się jutro". Przełknąłem głośno ślinę. Pewnie biła się już ze swoimi najgorszymi myślami, rozważając, że już nigdy się ze mną nie spotka. Zrobiło mi się słabo. Nie chciałem, żeby tak było. Muszę ją natychmiast znaleźć, pomyślałem.
Wzleciałem o kilkadziesiąt metrów wyżej i rzuciłem się na przód. Moje poszukiwania nie trwały zbyt długo.
- Snowiee! - krzyknąłem, zlatując obok niej.
Leżała na kamieniu ze spuszczoną głową. Na mój głos podniosła ją gwałtownie.
(Snowiee? :) )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz